Są motocykle, które od pierwszego spojrzenia próbują cię uwieść. Albo wyglądem, albo prezentacją mocy.
Ale są też takie, które potrzebują chwili Twojej uwagi, by przedstawić się odpowiednio i dać poznać naprawdę, bo rozumieją, że w takim duecie najważniejsze jest zaufanie.
Kawasaki KLE500 zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. Zamiast prężyć muskuły i zrzucić Cię na pierwszej hopce udowadniając, że on jest od tego, by wozić lepszych riderów – zaprasza Cię na wspólny spacer, podczas którego szybko rozpoznaje Twoje możliwości. W miarę jak się rozkręcasz i zaczynasz mu ufać, on pozwala Ci na więcej i stopniowo prezentuje swój potencjał. To motocykl, który uczy i wspiera, a nie uciera nosa.

Doświadczeni offroaderzy, dziennikarze moto… i ja
Kawasaki KLE500 poznałam podczas oficjalnej premiery — w gronie wyśmienitych riderów, dziennikarzy i ludzi, którzy naprawdę wiedzą, co robią. Dostaliśmy starannie przygotowany GPX, świetny teren i doświadczonego przewodnika, który zadbał o nas na trasie. Asfalt praktycznie ominęliśmy. I dobrze, bo ten motocykl trzeba poznać najpierw tam, gdzie wielu sceptyków nawet nie dociera. Ale o tym za chwilę.





Chłopak z dobrego domu
Ponoć nazwisko zobowiązuje. Nie wyobrażam sobie spadkobiercy myśli Kawasaki, który wjeżdża na motocyklową scenę nieprzygotowany. Ale jednocześnie, automatycznie wymaga się od niego więcej. Czy samo nazwisko już czyni go gotowym na wszystko, czego się od niego oczekuje?
Bo patrząc na niego, od razu widać, że Kawasaki KLE500 to gość, który kocha sportowy styl. Design nadwozia od razu zdradza jego pochodzenie. Bije w nim w końcu sportowe serce, czyli silnik z Kawasaki Ninja500. Jednak sportowe tradycje rodzinne nie były w stanie utrzymać go na asfalcie – ciągnie go w stronę przygody i tak naprawdę jest gotowy do jazdy po bezdrożach już w momencie, gdy opuści salon. Na stockowych oponach, a w wersji KLE SE – z osłonami dłoni.



Powrót legendy
Jednak Kawasaki KLE500 to nie jest nowy chłopak na osiedlu, a ktoś z bardzo konkretnym rodowodem. Wraca na drogę po 35 latach od momentu, gdy po raz pierwszy na niej w 1991 roku. Trochę jak następca kogoś, kto kiedyś przecierał szlaki. I widać w nim to wychowanie — pewność, spokój, brak potrzeby udowadniania czegokolwiek na siłę. Po prostu klasa. A jednocześnie czuć, że bardzo chce iść swoją drogą. Wychował się w sportowym środowisku, ale zerka w stronę przygody i ma nie tylko odwagę, by zabrać cię ze sobą, ale wszelkie warunki do tego, by zrobić to dobrze.

Mimo, że ma w sobie coś z ulicznego charakteru (w końcu jego serce wywodzi się z rodziny sportowych modeli Kawasaki), to wyraźnie widać, że chce być kimś więcej. Ale jednocześnie nie jest wyłącznie chłopakiem z dobrym nazwiskiem. To nie jest typ, który cię przytłoczy opowieściami o sportowym wychowaniu i nieziemskich osiągach. Raczej taki, który da przestrzeń, żebyś samodzielnie ogarnęła sytuację… Ale kiedy teren zaczyna się robić trudniejszy, delikatnie podpowiada: „spokojnie, ogarniemy to razem”. I rzeczywiście pomaga ci jechać, wspiera w wybieraniu nierówności, nie przytłacza siłą i masą – choć ciągle czujesz, że jest jej pod dostatkiem.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia
Jak wiecie, nie testuję motocykli tabelkami. Nie robię matematycznych zestawień i porównań, bo zawsze lepiej (i trafniej) wybierałam sercem niż rozumem. Motocykle testuję więc tzw. „feelingiem”. Oczywiście, bardzo zwracam uwagę na to, co konkretny motocykl oferuje pod kątem użytej technologii, ale na ostateczną ocenę zawsze ogromny wpływ ma relacja, którą udało mi się (lub też nie) z nim zbudować.



O dokładnych porównaniach i ocenie parametrów są inni, w tej materii lepsi ode mnie testerzy. Ja sprawdzam, czy chciałabym z takim motocyklem zostać na dłużej. Czy mu zaufam. Czy po pierwszych kilometrach nie straci tego „czegoś”, co kupiło mnie przy pierwszym kontakcie.
I tutaj było ciekawie. Bo z Kawasaki KLE nie połączyła mnie miłość od pierwszego wejrzenia. Było to raczej silne zaciekawienie, które skłoniło mnie, by dać mu szansę na lepsze poznanie. Dokładnie ten rodzaj fascynacji, która powstaje z szacunku i rośnie w miarę spędzania z nim czasu.
Nie było więc wielkiej chemii, ale zabrałam go w teren i tam kliknęło! Warto zaznaczyć, że nie jestem offroadowym wyjadaczem na motocyklu, często wjeżdżam w teren, ale nie skaczę, nie jeżdżę na jednym kole, często wywracam się w piachu. Moja ocena jest więc perspektywą osoby, która kocha terenowe wyzwania, ale podczas wypraw nie bije rekordów prędkości na szutrach czy nie wbija się w największe błoto, bo chce dojechać cało do celu. Zwłaszcza po 2 wypadkach, które mnie uziemiły łącznie na 10 miesięcy.
Podczas tego testu postanowiłam więc sprawdzić, czy ten motocykl da sobie radę podczas mieszanych wypraw (alsfalt + off) i czy poradzą sobie na nim osoby, które dopiero zaczynają przekonywać się do terenu. Nawet jeśli miałby to być pierwszy ADV, to czy jego potencjału i frajdy z jazdy wystarczy na przynajmniej kilka sezonów, gdy umiejętności terenowe wzrosną, a wraz z nimi apetyt na dalsze wyprawy.
Chłopak, który prowadzi za rękę
Podczas testów jechaliśmy z grupą dość szybko. W tempie, które bardziej testuje refleks niż kontemplację krajobrazu.
Przejeżdżaliśmy przez podmokłe tereny, luźny głęboki piach, garbate i dziurawe szutry, błoto i wąwozy. Mogę więc uznać, że do pełnego testu terenowego, takiego na moje potrzeby, zabrakło wyłącznie przejazdu przez wodę. No, może jeszcze dorzuciłabym kilka bardziej stromych zjazdów i podjazdów, ale jestem w stanie stwierdzić, jak KLE by sobie z nimi poradził.
Jak było?
- prowadził się zaskakująco lekko, wręcz intuicyjnie
- zupełnie nie czułam jego masy (194kg zalany paliwem w 90%), wąski zbiornik paliwa mocno ułatwiał prowadzenie i dynamikę ruchów
- środek ciężkości robił robotę — naprawdę łatwo manewruje się nim w sytuacjach „parkingowych” w terenie
- wysokość (siodło na wysokości 870cm) nie sprawiała mi większych utrudnień, choć na głębokim piachu zabrakło mi nogi do uzupełnienia braku umiejętności
- miałam wrażenie, że motocykl czasem nadrabia za mnie i bardzo dużo wybacza
To jeden z tych motocykli, które nie krzyczą: „radź sobie sama”, tylko raczej wspiera, mówiąc: „spokojnie, jestem tu z tobą”.
Miękki przód wybacza błędy i nie karze za zbyt odważny wjazd w dziurę. Nie wyrywa, zostawiając Cię za sobą, pozawala na ładną i płynną pracę gazem i daje duże pole do pokonywania własnych ograniczeń. A co za tym idzie – do nauki. Dlatego według mnie, może to być dobry wybór na pierwszego towarzysza przygody z ADV.



Okiem kobiety (169 cm i nadal trochę za wysoko)
Nie będę ukrywać — to jednak nadal duży motocykl. Przy moich 169 cm wzrostu nie dosięgam do ziemi pełną stopą. I to jest moment, który dla wielu osób, zwłaszcza początkujących może być blokujący i zaważyć na decyzji jeszcze zanim się go sprawdzi w trasie. Ale według mnie jest to świetna wysokość, by oduczyć się nawyku „ratowania nogą”, czy tzw. „jazdy na listonosza”. Przy swoim środku ciężkości i fajnemu wyważeniu, daje poczucie kontroli, a co za tym idzie – stwarza doskonałe warunki do tego, by nauczyć się korygowania gazem i płynnego sterowania własnym ciałem, a nie opieraniem stóp na ziemi w sytuacjach „kryzysowych”.
Wrażenia?
- czułam się stabilnie
- nie walczyłam z jego masą
- nie miałam poczucia, że mnie „przygniecie”, jeśli coś pójdzie nie tak
- nawet przy niepełnym podparciu czułam się pewnie
- w terenie jakby czytał sytuację razem ze mną i momentami nadrabiał moje niedociągnięcia
- jechał bez nerwowości i szarpania, nie chciał być szybszy ode mnie



To nie jest mały motocykl, ale jest dobrze ułożony. I na to zapewne nie wskazują liczby w tabelce. Trzeba go po prostu wziąć na bezdroża i poczuć, jak oddaje kontrolę przy jednoczesnym poczuciu, że jest dla ciebie, gotów trochę pomóc, gdy się zawahasz. Kawasaki KLE to taki gość, który zamiast utrzeć ci nosa, bo popełniłeś błąd – pozwoli ci wstać, otrzepać kurz i następnym razem na spokojnie zrobić to lepiej. Nie pręży muskułów na pokaz, nie udowadnia na siłę, że ma więcej mocy, niż ta, z której realnie skorzystasz.
Co w nim siedzi
Nie rozpisuje się o technikaliach, ale konkrety muszą być.
Kawasaki KLE500 to:
- silnik: ok. 451 cm³, dwucylindrowy (DNA z Ninja 500), chłodzony cieczą
- moc: ~45 KM
- masa: ok. 180–190 kg (producent podaje 194kg wagi zalanego w 90% motocykla)
- koła: 21” przód / 18” tył
- zbiornik 16L
- kratownicowa rama
- prześwit 185
- osłona pod silnikiem
- osłony dłoni (wersja SE)
- regulowana szyba (3 wysokości), a w wersji SE dodatkowo wyższa o 106mm
- przednia owiewka
- ABS wyłączany osobnym przyciskiem pod lewym kciukiem
- pozycja: naturalna, wygodna do jazdy na stojąco

Aktualnie dostępne są modele Kawasaki KLE500 i KLE500 SE różniące się wyposażeniem.
Jednak poszczególne elementy można dodatkowo zamówić do każdej z tych wersji:
- gmole (bez tego nie ruszałabym w teren, jak dla mnie punkt obowiązkowy )
- osłona chłodnicy
- dodatkowe oświetlenie przeciwmgielne LED montowane na gmolach
- kufry i systemy bagażowe
- osłony, szyby, dodatki pod podróż
- uchwyt na GPS
- gniazdo USB-C
- niskie siodło (w 2 wariantach)
- grzane manetki






Co jeszcze chcę sprawdzić
Ten test był intensywny i szczery … ale niepełny. Jechaliśmy szybko, a ja chcę zobaczyć, jak radzi sobie wtedy, kiedy tempo przestaje być najważniejsze.
Ponadto, sprawdziłam go tylko w terenie, a on mnie zaprasza na pierwszą wspólną podróż.
Chcę poczuć:
- czy nadal zachowuje się jak gentleman, jeśli będzie musiał dźwigać moje bagaże
- czy jest tak samo przyjazny z dodatkowymi kilogramami i gmolami
- czy siedzenie wybacza kilka godzin jazdy po asfalcie (i jaki jest poziom wibracji przy takim silniku)
- czy nadal, w pełnym załadunku, będę miała taką odwagę i pewność skręcając podczas wyprawy w teren z głównej drogi
Na koniec
KLE500 to nie jest motocykl, który próbuje cię olśnić w pierwszej sekundzie. Choć niektórych z pewnością uwiedzie wyglądem, to innym da czas, by powoli zyskać ich zaufanie i zbudować szczerą relację. To wreszcie motocykl, który daje ci przestrzeń, pozwala się oswoić. A potem nagle orientujesz się, że już mu ufasz i że może to być naprawdę dobry kompan do zabawy i do podróży.
Mam wrażenie, że KLE500 to taki chłopak, którego bez stresu przedstawiasz swojej motocyklowej rodzinie. Z dobrego domu, z charakterem i z dużym potencjałem. Choć czasem trochę chojraczy, ja bym mu na start zapewniła dodatkową ochronę (gmole), bo przy wywrotkach można mu niepotrzebnie podbić oko. A szkoda, bo ma ładną buźkę.

Przyznam, że trochę mnie zauroczył i jestem bardzo ciekawa, czy to minie, czy więź się umocni.
Zatem chętnie zabrałabym go w podróż i sprawdziła, czy to tylko pierwsze dobre wrażenie… czy początek dłuższej znajomości.

*źródło: Kawasaki Polska, materiały prasowe
zdjęcia: Loverlander.com, Best Shot Media
