Nie wiem, co sprawia, że niektóre auta działają na człowieka jeszcze zanim się je zobaczy na żywo. Ford Bronco był dla mnie właśnie takim samochodem. Trochę zauroczeniem, trochę ikoną, trochę niespełnioną fantazją o pięknej, dzielnej, ale i dużej wyprawówce. Wzdychałam do zdjęć Bronco, jak nastolatka do plakatów ukochanego boysbandu. I z tą nastolatką mamy w tym kontekście wiele wspólnego. Bo obydwie kochałyśmy naszego wybranka miłością niezrozumiałą dla innych, bo nie widząc go nigdy wcześniej na żywo.
Dlatego, gdy Ford Polska zaprosił mnie na dwudniowy test terenowy do hiszpańskiej Aragonii, wiedziałam, że będzie to coś więcej niż pierwsza randka z Bronco. To spotkanie miało mi pomóc pozbyć się moich wątpliwości raz na zawsze. Albo wóz, albo przewóz!

Masia Pelarda — miejsce, które uczy pokory i nagradza odwagę

Zacznijmy od samego miejsca testu, czyli jednego z najbardziej znanych ośrodków szkoleniowych dla kierowców i ekip 4×4 (ale też motocyklowych!) w Europie. Masia Pelarda to położone 135km na północny-zachód od Walencji offroadowe centrum treningowe, które nie jest „kolejnym torem off-roadowym”. Oczywiście, w rozumieniu przygotowanej, utwardzonej trasy z czerwonymi pachołkami. To wielohektarowy teren treningowy ulokowany w najmniej zaludnionym regionie Hiszpanii, gdzie krajobraz jest surowy, ale piękny, a ziemia — gliniasta, piaszczysta i pełna luźnych kamieni. I to właśnie tu ćwiczą profesjonaliści z pasją do Rajdu Dakar czy innych wielodniowych imprez terenowych.



Aragonia, trufle i dinozaury
Instruktorzy z Masia Pelarda towarzyszyli nam przez 2 dni naszej imprezy, od rana do późnego popołudnia. Pierwszego dnia, tuż po przylocie do Walencji i dotarciu na miejsce, przekazali nam „nasze” samochody i poprowadzili kilkugodzinną szutrową trasą, podczas której nie sposób było nie zakochać się w Aragonii.
Ten region to istny „hiszpański Dziki Zachód”. Zero ludzi, niesamowite górzyste przestrzenie, luźne kamienie, sucha pomarańczowa gleba i to przedziwne uczucie, jakby się wylądowało na innej planecie. Mówi się, że Aragonia to najlepszy region do hodowli czarnych trufli, a psy, które ich szukają, wracają tu co sezon jak do najlepszej pracy. Zresztą, jeden z instruktorów z Masia Pelarda ma aż 6 takich psiaków i zafascynował mnie opowieściami o wyprawach w poszukiwaniu trufli. Ale to temat na inną opowieść.
Okolica, którą bezdrożami pokonywaliśmy w Fordach Bronco, jest również ogromnie ważna dla paleontologii, gdyż to tu odkryto nigdyś liczne ślady dinozaurów. Kilka lat temu głośno było o znaleziskach skamieniałych jaj z embrionami sprzed 68 milionów lat.



Bronco nie musi niczego udowadniać
Wracając jednak do Forda Bronco… Otóż moje wyobrażenia o tym aucie były mocno romantyczne. Ten samochód zawsze był legendą — dla jednych symbolem amerykańskiej wolności, dla innych ikoną offroadu. Nie byłam pewna, czy podczas tego pierwszego spotkania nie odkocham się, jak tylko wsiądę za kierownicę, uznając, że jednak nie jesteśmy tak bardzo dopasowani i różnimy się podejściem do offroadu.
Po pierwszym dniu testów, po tej widokowej przejażdżce byłam nim jeszcze mocniej zauroczona, ale to dopiero podczas drugiego dnia, czyli na próbach terenowych, Bronco miał mi pokazać, czy naprawdę jest tym, za kogo się uważa.

Zaczęliśmy z samego rana. Już na pierwszym podjeździe poczułam, że to chłopak, który prowadzi się inaczej niż większość tych, których znam z terenu. W pierwszej głębokiej koleinie zrozumiałam, jak ogromny zapas ma to zawieszenie. A w pierwszym gravelowym „drifcie” — kiedy wszystkie systemy były jeszcze włączone — poczułam, jak mocno Bronco pilnuje, żeby bezpiecznie i gładko wyjść z „opresji”.
Na tle wszystkich terenówek, którymi jeździłam, Bronco od pierwszych metrów wypadł wręcz imponująco. Nie wiem, ile razy powiedziałam: „jestem w szoku”, po pokonaniu jakiejś przeszkody, o której nawet mogłabym nie wiedzieć, bo Bronco pokonałby ją za mnie. Jest w nim pewność, która nie wynika z masy czy mocy, ale z konstrukcji — z zawieszenia, z płynności, z tego, jak połączona jest praca napędów. Bronco nie udaje twardziela. Może wygląda jak przystojny chłoptaś, ale uwierzcie mi, to naprawdę silny gość, który jest przekonany o swoich możliwościach i zachowuje się tak, jakby nie musiał tego nikomu udowadniać. Bo nie musi.
Trzymasz kontrolę czy idziesz na żywioł?
Widzisz, jak Bronco idzie bokiem na szutrze i wyrzuca za sobą gigantyczną chmurę kurzu? Na te atrakcje musi ci pozwolić, wyłączając na twoją prośbę po kolei wszystkie systemy. W przeciwnym razie trzyma tor, stabilizuje poślizg i nie pozwala urwać przyczepności.



Jednak gdy zdecydujesz się przejąć kontrolę, przejdziesz w tryb Baja i wyłączysz absolutnie wszystko łącznie z ESC i przejdziesz w tryb manualny – Bronco zatańczy, jak mu zagrasz. Nagle szuter przestaje być równy, kurz unosi się jak pióropusz, a ty czujesz, że prowadzisz auto niezwykle „organicznie”. Czuć tylne koła, pracę podwozia, momenty kiedy chcą uciec, ale też te, gdy łapią nowy tor. To właśnie wtedy zaczyna się zabawa i to właśnie wtedy czujesz, że z tym chłopakiem można iść w tany. I mało tego – jemu też się podoba! Nie męczy się, bawi się z tobą, idzie w to, jak w dym. Ale jednak, zamiast dać się ponieść chwili i oderwać się z tobą od ziemi w tym wirującym tango, nadal twardo stąpa po ziemi i pilnuje grawitacji.
Spokój i opanowanie
Masia Pelarda, jak na profesjonalny tor offroadowym przystało, ma przeszkody, które bardzo lubią obnażać słabości samochodów. Trawers, który na zdjęciu nie wygląda zbyt „groźnie”, na żywo dawał odczucie, że gdyby nie pasy i trzymanie się prawą ręką za rączkę przy konsoli – wypadłabym przez lewe okno.
Były też wykrzyże na wąskich, śliskich drewnianych belkach z tylnym kołem uniesionym na około 1 metr. Trzy koła spokojnie i taktycznie robiły robotę, jakby to czwarte było według nich piątym kołem u wozu.


Tu sprawdziły się blokady obydwu mostów, ale Bronco też w takich sytuacjach sam zachowuje zimną krew. Nie panikuje, nie szarpie, ale też uspokaja kierowcę. Pokazuje, że ma to wszystko pod kontrolą i stabilnie, powoli i cierpliwie pokonuje metr za metrem. Blokada tylnego mostu była tu kluczowa. Wrażenie było takie, jakby auto doskonale wiedziało, jak to zrobić i „ciągnęło się” samo, bez zbędnego dramatyzmu.
Podjazdy w trybie 4L były kolejnym doświadczeniem. Z włączonym reduktorem Bronco nie zachowuje się jak macho, któremu zabrakło mocy bo jest przeziębiony. Równo pracuje z tym, co ma na dany moment dostępne, a przy zjazdach dodatkowo ładnie sam wyhamowuje. Nie trzeba trzymać nerwowo nogi na hamulcu. Auto zjeżdża powoli, pewnie, zupełnie jakby znało ten tor na pamięć.


Tu wkracza też nieoceniona funkcja wyposażenia Bronco – kamera, która na dużym wyświetlaczu pokazuje przestrzeń przed maską, gdy jedzie się wolniej. Dzięki temu nie zaskoczy cię żadna dziura, przeszkoda czy koleina, której nie widzisz podczas stromego zjazdu czy podjazdu (mając ograniczony kąt widoczności przez przednią szybę). A żeby tego było mało, wyświetlają się również ślady opon, wskazujące na tor, jakim jedziesz, więc doskonale wiesz, czy ją ominiesz, czy zaliczysz.
Siła jest ważna, ale liczy się też wnętrze
Jeśli mnie znacie, to wiecie, że szukam czegoś więcej, niż tylko terenowe umiejętności. Moje serce łatwo zdobyć miłością do podróży, zwłaszcza tych overlandowych. I gdy Bronco przeszedł celująco test na torze, zaczęłam mu się bliżej przyglądać. Czy byłby z niego materiał na towarzysza wypraw 4×4?
Jego piękne wnętrze zdaje się być przygotowane na lata wspólnych przygód w błocie i piachu. Złożenie tylnej kanapy daje dużą przestrzeń bagażową. Relingi dachowe wręcz same proszą się o namiot. A cała konstrukcja nadwozia mówi jedno: „będę dźwigać wszystkie twoje graty bez narzekania”.
Jest chemia
Gdy skończyliśmy jazdy drugiego dnia, wysiadłam z auta i pożegnałam się z Bronco. Jednak złapałam się na czymś, co zwykle świadczy u mnie o tym, że „kliknęło”. Obejrzałam się. Chwilę popatrzyłam, złapałam się na myśli, że mogłabym się z nim spotkać następnego dnia i robić to wszystko od nowa. Bronco nie tylko dowiózł to, czego oczekiwałam. Udowodnił, że nie byłam nawet blisko poznania wszystkich jego umiejętności.

Były w tym emocje, była adrenalina, ale było też coś więcej — poczucie bezpieczeństwa, pewności i tego dziwnego spokoju, który pojawia się tylko wtedy, kiedy jedziesz autem stworzonym do rzeczy, których większość kierowców nigdy nie spróbuje.
Nie mogło być tak pięknie
Jak przy każdym bliższym spotkaniu, zawsze znajdzie się coś, czego wolelibyśmy nie odkryć. Jeśli chodzi o Bronco, najwięcej do życzenia pozostawia wg mnie spalanie. Nie wiem, ile realnie wynosi w trybie mieszanym, ale w moim egzemplarzu – po wszystkich testach terenowych oraz dłuższej przejażdżce – wyświetlacz pokazywał 16L/100km.
Druga sprawa, to gadżety wyprawowe. W USA wybór akcesoriów jest tak ogromny, że mając Bronco rozwiązałabym moim najbliższym problem z pomysłami na prezent dla mnie na kolejnych kilka lat. Niestety, na tę chwilę, w Europie dostęp do nich jest mocno ograniczony.
I na koniec obawa, a nie fakt, bo nie miałam okazji tego przetestować, ale użytkownicy narzekają na głośność w kabinie przy bardzo szybkiej jeździe. Ma to związek m.in. z modułowym, zdejmowalnym dachem. Ale czy coś mnie naprawdę zaskoczy po wieloletniej jeździe Jeepem Wranglerem i Suzuki Jimny? Nie sądzę. Rozpędziłam się maksymalnie do 100km/h i nie musiałam podkręcać radia na maksa, więc chyba nie jest wcale aż tak źle. Poza tym – za opcję ściągnięcia dachu, czy zdemontowania przednich drzwi, jestem w stanie przystać na podróże w nieco głośniejszych warunkach.
Co z nami będzie, Bronco?
Mam wrażenie, że Bronco potrafi być dzielnym offroaderem, towarzyszem ekscytujących przygód i przytulnym domem jednocześnie. I dlatego — choć przyjechałam tu testować go w terenie — w głowie układałam już potencjalne trasy, tripy i miejsca, w których mogłabym z nim spędzić kilka tygodni.
Dynamika wyjazdu nie pozwoliła mi skupić się na elementach wnętrza i potencjale wyprawowym, dlatego liczę na kolejną możliwość przejrzenia mu się z bliska. Na drugiej randce. Zaprosiłabym go wtedy w moje ulubione miejsca, gdzie mielibyśmy szansę jeszcze lepiej się poznać.

Wersja Badlands*, którą testowałam w Aragonii, to najbardziej terenowa odsłona Forda Bronco w europejskiej ofercie. Została zaprojektowana tak, żeby radzić sobie z każdym podłożem, które natura może rzucić ci przed koła. Pod maską znajduje się mocna jednostka benzynowa (2,7-litrowy EcoBoost V6 Bi-Turbo o mocy ok. 335 KM i 563 Nm momentu obrotowego przy współpracy z automatyczną, 10-biegową skrzynią), którą wspiera stały napęd 4×4 z elektronicznym rozdziałem momentu oraz systemem Terrain Management System z siedmioma trybami G.O.A.T.
Badlands wyróżnia się terenowym zawieszeniem HOSS 2.0 z amortyzatorami Bilstein i odłączanym stabilizatorem przednim, co daje prześwit do około 261 mm — wyraźnie więcej niż w innych wersjach. Badlands ma także imponujące kąty terenowe (kąt natarcia ok. 40,6°, zejścia ok. 33,3° i rampowy ok. 23,6°) oraz możliwość brodzenia nawet do około 800 mm głębokości wody, co w praktyce daje realne możliwości w trudnym terenie. Całość spina solidna ochrona podwozia, blokady mechanizmów różnicowych i pakiet systemów wspomagania, które w połączeniu z osiągami silnika potrafią poradzić sobie zarówno z piachem i kamieniami, jak i z technicznymi fragmentami — m.in takimi, jakie testowałam w Masia Pelarda.
Więcej o Fordzie Bronco znajdziecie na oficjalnej polskiej stronie tego modelu.
*źródło: Ford Polska, materiały prasowe
zdjęcia: Loverlander.com
